poniedziałek, 22 listopada 2010

Psi żywot :)

Ostatnio z Mężem rozmawialiśmy na bardzo ciekawy temat: Kochanie miałaś jakiegoś psiaka jak byłaś mała? I się zaczęło heheh. Przypomniałam sobie kilka historii z dzieciństwa i moje psiaki :D Jak jeszcze mieszkałam na wsi (miałam 2-3 lata) mój ojciec przywiózł do domu małe czarne i puchate :) to był mój Pimpek. Czarne dłuższe i kręcone włosy, opadającą grzywka na oczy. Miał brązowe duże i wlepione najczęściej w jedzenie oczy. Kundelek, ale trochę podobny do jorka, tylko troszkę większy, ale za to strasznie hałaśliwy. Pimpek miał swój charakter, swoją budę koło mojej piaskownicy prawie, swoje miski chyba ze 3. Ogólnie zawsze dużo latał, szczekał oblizywał stopy. Ganiał jak szalony za autami. I chyba najfajniejszym jego zajęciem były ucieczki za płot, aby polatać po wsi oraz obszczekiwanie obcych samochodów. Pimpek był bardzo kochanym i pociesznym psiakiem. Zawsze podlatywał do każdego i machał ogonkiem, kładł się i wystawiał swój różowo-czarny brzuch żeby go głaskać. Ludzie go lubili. Mamuśka mi powiedziała, że ja i Pimpek to wiernymi byliśmy przyjaciółmi.  Właściwie aż za bardzo. (Ja tego nie pamiętam), jak kiedyś wylała dla Pimpka jakąś resztkę zupy, (bo wtedy Pedigree nie istniało), więc wylała tę zupę i w niej były gotowane marchewki. Mamuśka patrzy przez okno czy się bawię, czy jestem i widzi moje nogi wystające z budy. Ja na czworaka (integracja z kumplem) wciskam mu na siłę do pyska marchewkę, a Pimpek spokojnie zaciska zęby, dając wyraźny znak, że nie chce. No, więc jak on nie chciał to co się będzie marnowała marchewka gotowana, no to z fullbakteryjnej miski Pimpka, zaczęłam wyżerać tę marchewkę, a co, nie chce, to ja zjem. Mamuśka jak to zobaczyła to wyleciała do mnie heheh, oczywiście nawet nie miałam rozwolnienia, ani żadnych innych wymiotów. Przeszło przez żołądek jak masełko.Cholera, pewnego dnia ktoś ze wsi powiedział ojcu, że Pimpek miał wypadek, że leży pod sklepem spożywczym u nas we wsi, ojciec poleciał zobaczyć, co się stało. Przyniósł go na rękach :(  niestety jego zabawa w obszczekiwanie samochodów skończyła się dla niego tragicznie.  Tego dnia przywozili towar do sklepu starem, a Pimpek mały był, latał i szczekał na opony.  Po prostu facet nie zauważył go jak cofał i najechał na niego. Zmiażdżył mu tylne łapki ;( Pimpek przeżył, ale od tej pory był już małą kaleką. Ciągał za sobą te tylne łapki i czasem piszczał. Wyglądało to strasznie, szczególnie dla mnie. Pewnego dnia moi rodzice stwierdzili, że trzeba uśpić Pimpka, bo po prostu się męczy. I tak też się stało :( Po Pimpku pozostało mi tylko wspomnienie. Jakiś czas po tym zdarzeniu moja ciotka Maria przywiozła mi nowego psiaka. Na początku już wydawał mi się jakiś duży. Był koloru jakby białego, lekko beżowego i jak teraz już wiem, to jakiś kundel pomieszaniec owczarka z niewiadomo, czym. No niestety w żaden sposób nie przypominał on mojego Pimpka. Mało tego, jako młody pies był strasznie głupawym psem. Skakał na ludzi, a mały to on nie był, przewracał, co poniektórych. Latał jak szalony po ogródku, kopał dziury, ku niezadowoleniu mojej mamuśki : ‘cholera Roman zrób coś z tym psem, bo tylko same dziury w ogródku i warzywa powyrywane z grządek!!!’ I jakby mało tego było to jak uciekł nie daj boże na wiochę, to wszystkie zwierzęta na każdym podwórku ganiał, aż pióra leciały. Nikogo się nie słuchał i nikt nie był dla niego „Panem”, miał swój świat. Nie miał nawet imienia, bo jakoś żadne nie pasowało do niego. Nawet budy nie miał, bo ta po Pimpku była dla niego po prostu za mała. Jakoś nie pasował do nas chyba. Ludzie narzekali na niego, ale on sam robił podkopy pod bramą, zwiewał i tyle. Aż pewnego letniego dnia przyszedł do nas sąsiad z naprzeciwka. Pan Dyrektor, ojciec mojej koleżanki Marty z pretensjami i ze zdechłą kaczką w reku.’ Zobacz Roman kurcze no, zadusił mi kaczkę łobuz, no’ szybko zapadła decyzja, że niestety oddamy „łobuza” i tak też się stało. „Łobuz” był u nas jakiś miesiąc. I znowu nie mieliśmy psa. Za jakiś czas od tego zdarzenia mój ojciec przywiózł kolejnego psiaka. Psota- bo tak się zwała, nie była już małym psem, a właściwie suczką. Była wzięta od kogoś, kto jej nie chciał. Miała jakieś 2 -3 lata. Była ruda, oczy miała zielone, średniego wzrostu jak Pimpek, była oczywiście kundelkiem. Pamiętam pierwsze spotkanie z nią. Mamuśka do mnie mówi: ‘idź zajrzyj do budy, Psotka tam siedzi piesek nowy’- no to poszłam. W budzie czarno nic nie widać, tylko wielkie zielone ,świecące oczyska. Wyciągnęłam rękę do środka budy i usłyszałam tylko warczenie wrrrrrr, więc wycofałam rękę. Psota była charakterna i stara wyga z niej była. Nie dała się męczyć jak Pimpek. Warczała i jak jej coś nie pasiło to potrafiła nawet pogonić, wtedy to najlepiej było na budę wskoczyć, tak robiłam :) ale z czasem Psota przyzwyczaiła się do mnie i do innych domowników i ja do niej też. Psota została z nami, aż do dnia, kiedy miałam 6 lat, moi rodzice dostali mieszkanie w mieście, więc wyprowadziłam się z rodzicami i siostrą do Stargardu, bez Psoty. Szkoda tej mojej Psoty, bo pieski maiła los, znowu została oddana, do mojej babci i ciotki. Mieszkały one w następnym domu od nas. Jak do nich przyjeżdżałam w odwiedziny, to już niestety nie była moja Psota :(





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz