wtorek, 28 grudnia 2010

Święta, święta i po świętach :)

Tegoroczne Święta Bożego Narodzenia spędziłam z Robertem, moimi rodzicami oraz moją siostrą i szwagrem Wojtkiem. Od 4 lat moja siostra mieszka w Holandii. I od 4 lat nie przyjeżdżała do Polski na święta, ponieważ nie dostawała dłuższego urlopu świątecznego. W tym roku również się nie udało przyjechać, bo z kolei Wojtek nie dostał urlopu na święta, więc to my wybraliśmy się do nich. W chwili obecnej mieszkają w Gorinchem. To taka turystyczna miejscowość. Nazywana jest ona przez holendrów perłą Holandii, część miasteczka jest wyspą. Ewa i Wojtek właśnie mieszkają na tej wyspie. Poniżej przedstawiam krótką relację z tej świątecznej podróży. Są przygotowania do Wigilii, jest Gorinchem nocą i Gorinchem w dzień, właściwie widok z chaty Ewy i Wojtka, choć nie tylko. Foty robione są telefonem i… a z resztą zobaczcie sami :)

Aha i dodałam filmik z podróży autem po akurat niemieckiej autostradzie :)))))
































piątek, 17 grudnia 2010

Najlepsze ciacho czekoladowe :)

Tak przed świątecznie "włamując" się już w szaleństwo przygotowań podaję mój ulubiony przepis na ciacho czekoladowe. Zapraszam do wypróbowania przepisu :)

Ciacho:

1 tabliczka czekolady gorzkiej. Takiej, co najmniej 50 % lub więcej
1 kostka dobrej, jakości masła
 7 stołowych łyżek kakao
1 szklanka cukru
5 łyżek stołowych mąki
4 jajka
pół opakowania cukru waniliowego lub olejek waniliowy
olejek rumowy lub arakowy
1 opakowanie rodzynek
5 łyżeczek proszku do pieczenia
mleko (jeśli jest potrzeba)

Potrzebujemy:

- mikser
- metalowa miska
- miska do białek
- garnek z wodą (wody nie musi być dużo)
- łyżka do mieszania
- blaszka do pieczenia


Więc kochani domowym sposobem przygotujcie sobie kąpiel wodną. Potrzebujemy metalową miskę oraz garnek z wodą. Taki, aby wasza miska weszła do garnka, ale nie może ona w nim pływać :) Masło pokrójcie w małe kostki (zostawcie sobie kawałeczek do smarowania blaszki), czekoladę połamcie na małe kawałki to wszystko włóżcie do miski. Do tego dorzućcie cukier oraz 7 stołowych łyżek kakao. Włóżcie teraz miskę do garnka z wodą. Pilnujcie, aby ogień nie był zbyt duży i cały czas mieszajcie, aż czekolada oraz masło się rozpuści. Nie pozostawiajcie tej mikstury :) samej na ogniu, ponieważ może szybko zgęstnieć lub się przypalić. W całej kuchni lub jak u mnie w kuchni i salonie rozejdzie się cudny zapach czekolady :) Masa powinna być aksamitna. Więc jak składniki się rozpuszczą wyciągamy miskę z garnka. Czekamy, aż masa wystygnie. Następnie dodajemy cukier waniliowy, olejek rumowy (kilka kropli) musi być czuć aromat w cieście. Ja to robię oczywiście na wyczucie :) Żółtka jajek należy oddzielić od białek. Dodać żółtka do masy. Sypiemy proszek do pieczenia oraz mąkę. Mąkę dosypujemy po 1 łyżce i zaczynamy miksować. Jeśli masa jest za gęsta dodajemy troszkę mleka. Masa powinna być zwarta, ale nie za gęsta (nie powinna być sucha). Teraz w drugiej misce miksujemy białka na sztywno. Do masy ubitej wcześniej dodajemy całe zmiksowane białka i UWAGA mieszamy łyżką tak, aby dodać jeszcze powietrza do ciasta. Ciasto powinno mieć cudny zapach oraz ślicznie lśnić. Bardzo lubię to ciasto w tej jeszcze płynnej postaci :) Na końcu dodajemy całe opakowanie rodzynek i mieszamy delikatnie. Następnie smarujemy blaszkę masłem. Ja niczym jej nie posypuję, ponieważ nie lubię, kiedy ciasto na brzegach ma inny smak. Wtedy też jest też bardziej suche. Wylewamy masę na blachę.

Ciacho wstawiamy do nagrzanego piekarnika 180 stopni (ja mam termo obieg).

Po upieczeniu i ostygnięciu ja je podaję najczęściej z bitą śmietaną i owocami :) Choć ja i Robert bardzo lubimy również samo ciacho. Przepis jest mój – autorski. Jest bardzo szybki łatwy do wykonania, a ciacho zawsze wychodzi :) Enjoy







niedziela, 12 grudnia 2010

Zakupowy szał :>

 Zbliża się czas przedświątecznego zakupowego szału. Kurcze i chyba mnie to zjawisko dopadnie w tym tygodniu. Trzeba sobie przecież kupić małe, co nieco. Pomijam już kupowanie prezentów. Ten proces to już łatwizna, ale wymyślanie, co komu kupić to jest sztuka. Oczywiście nie mam problemu z wybraniem sobie lub Robertowi prezentu :) Zazwyczaj ja dużo wcześniej wiem, co sobie kupię. Robert też zazwyczaj jest zdecydowany i jego prezenty są yyyy raczej zawsze związane z fotografią :) co właściwie mnie nie dziwi, ale rodzina udaje zawsze, że nie wie co można by kupić dla Roberta. Niby nie chcę uczestniczyć w zjawisku tego całego szału zakupowego, ale kurcze jakoś czekam, kiedy połażę sobie z Siorką po centrum handlowym. Właściwie zamierzamy spędzić tam cały dzień. No bo tak. Najpierw na początek oblecimy wszystkie newralgiczne sklepy. Kolejny krok to będzie wybór kilku, w których będziemy siedzieć i przymierzać. No i oczywiście po tak wyczerpujących zadaniach trzeba się posilić. Więc na jedzenie polecimy. Po obiadku, znowu polatać. H&M to ulubiony sklep, Zara, Reserved i kilka innych. Oczywiście kawa w Empiku to podstawa.  Prasówka kobieca - też trzeba coś zahaczyć. No i znów po sklepach, a to przymierzanie – szukanie - przymierzanie meczy jak cholera. W jakiejś przerwie na siku, można skorzystać i przebrać się w toalecie w nowe szmatki.  Jak już ubrań się trochę zgromadzi to buty trzeba pomierzyć. W między czasie kilka drobiazgów z biżuterii, jakieś inne duperele, to też kurcze wyczerpuje :> i jak już stopy bolą od łażenia to wtedy tak pod wieczór idziemy do Multikina na film, oczywiście bilety wcześniej zakupione zostały, bo to procedura standardowa w moim zjawisku szału zakupowego.  W kinie popcorn i pepsi, bo bez tego to jakoś dziwnie. I jak już jesteśmy opchane jak bąki tym popcornem, stopy nas bolą, i rąk brak na torby z zakupami, wtedy wykonujemy magiczny krok. Tak zwany telefon do prywatnego taksiarza, w sensie mojego Męża, który w drodze do domu jakoś znosi pokazywanie każdego duperela, jaki się kupiło. Cierpliwie to wytrzymuje, choć wie, że w domu jeszcze będzie przebieranie, czyli demonstracja nowych zdobyczy :) Aczkolwiek ten cały szał zakupowy na szczęście dopada mnie raz w roku. Jeśli ja to wytrzymuje, to chyba nie jest tak źle. Wydaje mnie się, że każdy czasem musi być próżny :) no i ja również bywam, dobrze tylko, że tak rzadko :>  








piątek, 10 grudnia 2010

Dziś moja Agencja obchodzi swoje 2 Urodziny!!!!

W Drugim Roczku istnienia rośniemy w siłę. Bogatsi o nowe doświadczenia, o naszych nowych ciekawych Klientów, o przyjaźnie, czyli byłych Klientów :) Szczęśliwi oraz pełni nowych pomysłów wkraczamy w nowy czas. Po wczorajszych przedświątecznych porządkach w biurze, czekamy na nowe wyzwania i cieszymy się, że ciągle się pojawiają. Mocy przybywaj !!!! :) abyśmy  ze spokojem realizowali wszystkie swoje plany i zamierzenia na nowy rok. 


czwartek, 2 grudnia 2010

Zimowy krecik :)

Zimowo dziś, więc u mnie także zimowy temat. Popadało dziś trochę i wielki paraliż komunikacyjny kurcze. Jak ja byłam małym rozrabiaką to pamiętam, jak wtedy napadało śniegu, jeszcze na wsi mieszkałam. To był 85’ rok kurcze, napadało tyle śniegu, że przed chatą z kumpelami z przedszkola robiłam tunele, którymi się łaziło. Budowało się domki ze śniegu, albo iglo z utoczonych kulek to była dopiero jazda. Cały dzień poza domem. Bo albo na górkę się szło z sankami, albo obchód po wsi z sankami, albo kulig jakiś we wsi się zmontowało, znaczy nie ja i kumpele, bo my 5 letnimi gnojkami byłyśmy, tylko starszaki. Pamiętam, że miałam rękawiczki na sznurku i taki czerwono - granatowy kombinezon z ortalionu na biały ekspres z przodu :) wyglądałam pewnie jak mały misiek w tym. Pamiętam, że ten cholerny zamek mi się ciągle zacinał i zawsze jak mi się chciało siku, to nie mogłam tego szybko odpiąć , ani szybko zapiąć. Zima była i wiadomo że mroziło, więc najważniejsze, aby szybko siknąć i na górkę. Ale zamek psuł wszystko. No i co? I oczywiście Gosia zawsze popuszczała w gacie, bo nigdy na czas nie zdążałam odpiąć zamka. A czasu mało, bo górka mnie wzywała :) Gosia oczywiście zawsze była pierwsza na górce i ostatnia z niej schodziła. Po kilku godzinach, kilkunastu wywrotkach, które były najlepsze, oczywiście mój kombinezon był już cały mokry, a ja cała przemoczona, więc i tak mamuśka nie zorientowałaby się, że popuszczam :) Takie czasy normalnie były, trud dnia codziennego dla 5 latka, to była poważna sprawa. Ten kombinezon miałam jeszcze jak się wyprowadziliśmy do miasta. Pamiętam, że w nim zaczął się podbój nowych terenów zimą w Stargardzie i cmentarz był najatrakcyjniejszy. Jesienią robili tam porządki i wszystkie liście zgarniali na takie ogromne kupy. Jak spadł śnieg i je zasypał, to była dopiero frajda, bo w tym też można było kopać tunele!!! To ja przywiozłam tę nową zabawę do miasta :) a jak!!! Tunele to była moja specjalność. Jak czerwono – granatowy krecik ryłam w liściach i śniegu tunele i zawsze byłam najbardziej brudna ze wszystkich dzieci :) Robota była najważniejsza, a nie image :)



Poniżej przedstawiam przykłady profesjonalnych zimowych krecików :)))) 





wtorek, 30 listopada 2010

„Szarzy ludzie"

„Szarzy ludzie"

Puste głowy wasze mdli pisarze zwykłych dni.
Pustość w duszach waszych stała jest, niewywietrzona.
Całość życia wątła i powierzchownie przyległa do ciał waszych,
cienkich jak papierki pergaminowe i malutkich jak czapeczki krasnali.
Rzewnie płacząc bez celu, krople słonych łez lejecie dla pozoru,
wylewając się na zewnątrz .
Łaknąc poklasku i litości nie myśląc o pustości płuc waszych gołych
i rozumów jak z pajęczyny nici nie trwałych utkanych.
Za czym płaczecie puste głowy??
Wygnite oczy wasze są lustrem tego,
czego w środku nie macie.
Prócz cząstek ciała,
które jeszcze w was pozostały,
niezgnite, na wpół świeże,
a może nawet odgrzewane co dzień.

21.09.2001 - autor Gosia Pieczyńska
Diego Rivera



sobota, 27 listopada 2010

Piątek 13 - ego ;)

Jak zapewne większość ludzi nie lubiłam 13 -ego dnia każdego miesiąca, bo oczywiście powszechnie 13 uważany jest za pechowy. Pewnego dnia był to ostatni dzień tygodnia, czyli piątek i to w dodatku oczywiście 13. To były złote czasy mojej podstawówki. Byłam w 6 klasie.  Na geografii baba zrobiła man kartkówkę i automatycznie pojawiła się myśl w mojej głowie: „ no jasne 13…. ja nie jestem przygotowana, a ta zołza robi kartkówkę!!” no… to był koniec szczęśliwego dnia w budzie. Zołza zaczęła dyktować pytania, byłam spisana na straty, no wtedy dla mnie to była masakra :) Ale o cudo po odnotowaniu na kartce pytań okazało się, że cholera jasna, niech to gwint ściśnie ja znam odpowiedzi na te pytania!!! Oczywiście zaraz po oddaniu wszystkich kartek w klasie baba od gery sprawdziła kartkówki. I co się okazało?? Heheh szef nad wszystkie szefy dostał 5 z tej kartkówki!!! Ye ye ye!!! To było jak wygrana w totka :) Ale to jeszcze nie był koniec dnia i to nie było ostatnie zaskoczenie tego dnia. Wróciłam do chaty zadowolona jak cholera. A że to już blisko wakacji było, więc spieszyłam się, bo na nasze osiedle przyjechało wesołe miasteczko, więc to było najlepsze miejsce spotkań po szkole. Na placu, na przeciwko mojej chaty stało to magiczne wesołe miasteczko. Wydawało się na nim każdy grosz, jaki się miało. Koło karuzeli łańcuchowej stała zwykła metalowa buda na kółkach, czyli strzelnica :) Do strzelnicy prowadziły drewniane schodki, więc przychodziliśmy z kumplami i siadaliśmy na schodkach strzelnicy. Tego dnia, a przypominam, że był to piątek 13 – ego, poszłam tam z kumpelą. Siadłyśmy sobie na tych drewnianych schodkach. I tak siedzę i patrzę, rozglądam się. Oblukałam wszystko, co się dzieje i znudzona spojrzałam w dół. I cholera to był szok, to było największe zaskoczenie tego dnia, to było dla mnie cholera prawie magiczne i niemożliwe!!!! Taaaaakie szczęście, znalazłam całą, papierową stówę!!! 100 złotych!!! Kurcze to wtedy była ogromna kasa, pamiętam, że można było za to spooooro kupić, ale ja wymyśliłam sobie że za tą kasiorę kupię sobie kostium kąpielowy. I tak też się stało. To był mój pierwszy dorosły kostium kąpielowy :) Taki jednoczęściowy, ale dość mocno wycięty na dole, no jak na tamte czasy dość seksowny :) Wszystkie koleżanki w budzie mi go zazdrościły. Był tak seksi, że kolesie z klasy na basenie, zanurzali głowy w okularkach pływackich i gapili się na moje, jak dla nich prawie gołe części intymne :)))

I w ten sposób, piątek 13 – ego został po prostu odczarowany. Do dnia dzisiejszego ten dzień, czy to piątek 13 –ego, czy sam 13 lub liczba 13 jest dla mnie szczęśliwa. Mój mąż urodził właśnie się 13 – ego, mieszkamy razem w budynku numer 13 i wydaje mi się, że poznaliśmy sie właśnie 13 – tego!!!, aczkolwiek tego nie pamiętam dokładnie, bo kurcze jakoś tak wyszło, że cholerka byłam na małej bombce :) Lekkim paradoksem jest to, że pewnie jakby się człowiek dokładnie rozejrzał, to okazało by się, że jest więcej 13 w moim życiu, niż mnie się wydaje :)





poniedziałek, 22 listopada 2010

Lodożerki :)

Czekam na dzień 16 grudnia, bo wtedy przyjeżdża do Polski moja siostra, która mieszka i pracuje w Holandii. I w związku z tym przypomniała mi się jedna historia :) Miałam 8 lat, a Ewa 5 lat. To był dzień mojej komunii. Od gości oprócz prezentów na komunię dostałam oczywiście kasę, co niezmiernie mnie cieszyło. Prezenty były fajne, ale kaska to dopiero była wolność :) No… prezenty były oczywiście ekskluzywne np. różowy zestaw długopis, zegarek, kalkulator oraz mini pianinko :))) książki, łańcuszek z medalikiem, pierścionek oraz drugi zestaw tym razem w kolorze białym i znowu: długopis, zegarek, kalkulator oraz mini pianinko :) Ja oczywiście czekałam, aż dostanę kaskę do łapki, siorę za rękę i w długą. A że niestety to niedziela była i sklepy pozamykane, to żal był ogromny, bo kasa paliła w łapki. Maj, strasznie gorąco było, a ja kochałam lody z automatu. Takie lody były najbliżej na osiedlu 30 - lecia PRL, czyli na obecnym oś. Zachód. Tak, więc poszłyśmy z siorką na lody. Najpierw zjadłyśmy po jednym dużym, później po 2 małe, kolejnie były chyba znowu duże. Z tego co pamiętam, to w konsekwencji zjadłyśmy po 10 - 12 lodów. Kilka razy wysyłałam po nie siorkę, bo stałyśmy w oddaleniu od budki z lodami, żeby babka nie pomyślała, że my takie łakome jesteśmy :)  (jakby nie widziała, że to ta sama dziewczynka przychodzi po lody). Po tej ilości lodów to Ewa zaczęła marudzić, że zimno jej się zrobiło, więc ja, jako starsza siorka zarządziłam, że wracamy do chaty. Z tego łakomego dnia pamiętam tylko tyle, że na koniec dnia zwymiotowałam :) Takie to czasy kurcze były, że nie dość, że nic w sklepach nie było, to jeszcze jak człowiek dorwał się do lodopoju :) to jadł do oporu.

Tym razem jak Ewka wróci, to raczej kawka będzie, 
jakieś ciacho w kawiarni,
 latanie po Galaxy, Multikino i cholera wie, co jeszcze :) 





Psi żywot :)

Ostatnio z Mężem rozmawialiśmy na bardzo ciekawy temat: Kochanie miałaś jakiegoś psiaka jak byłaś mała? I się zaczęło heheh. Przypomniałam sobie kilka historii z dzieciństwa i moje psiaki :D Jak jeszcze mieszkałam na wsi (miałam 2-3 lata) mój ojciec przywiózł do domu małe czarne i puchate :) to był mój Pimpek. Czarne dłuższe i kręcone włosy, opadającą grzywka na oczy. Miał brązowe duże i wlepione najczęściej w jedzenie oczy. Kundelek, ale trochę podobny do jorka, tylko troszkę większy, ale za to strasznie hałaśliwy. Pimpek miał swój charakter, swoją budę koło mojej piaskownicy prawie, swoje miski chyba ze 3. Ogólnie zawsze dużo latał, szczekał oblizywał stopy. Ganiał jak szalony za autami. I chyba najfajniejszym jego zajęciem były ucieczki za płot, aby polatać po wsi oraz obszczekiwanie obcych samochodów. Pimpek był bardzo kochanym i pociesznym psiakiem. Zawsze podlatywał do każdego i machał ogonkiem, kładł się i wystawiał swój różowo-czarny brzuch żeby go głaskać. Ludzie go lubili. Mamuśka mi powiedziała, że ja i Pimpek to wiernymi byliśmy przyjaciółmi.  Właściwie aż za bardzo. (Ja tego nie pamiętam), jak kiedyś wylała dla Pimpka jakąś resztkę zupy, (bo wtedy Pedigree nie istniało), więc wylała tę zupę i w niej były gotowane marchewki. Mamuśka patrzy przez okno czy się bawię, czy jestem i widzi moje nogi wystające z budy. Ja na czworaka (integracja z kumplem) wciskam mu na siłę do pyska marchewkę, a Pimpek spokojnie zaciska zęby, dając wyraźny znak, że nie chce. No, więc jak on nie chciał to co się będzie marnowała marchewka gotowana, no to z fullbakteryjnej miski Pimpka, zaczęłam wyżerać tę marchewkę, a co, nie chce, to ja zjem. Mamuśka jak to zobaczyła to wyleciała do mnie heheh, oczywiście nawet nie miałam rozwolnienia, ani żadnych innych wymiotów. Przeszło przez żołądek jak masełko.Cholera, pewnego dnia ktoś ze wsi powiedział ojcu, że Pimpek miał wypadek, że leży pod sklepem spożywczym u nas we wsi, ojciec poleciał zobaczyć, co się stało. Przyniósł go na rękach :(  niestety jego zabawa w obszczekiwanie samochodów skończyła się dla niego tragicznie.  Tego dnia przywozili towar do sklepu starem, a Pimpek mały był, latał i szczekał na opony.  Po prostu facet nie zauważył go jak cofał i najechał na niego. Zmiażdżył mu tylne łapki ;( Pimpek przeżył, ale od tej pory był już małą kaleką. Ciągał za sobą te tylne łapki i czasem piszczał. Wyglądało to strasznie, szczególnie dla mnie. Pewnego dnia moi rodzice stwierdzili, że trzeba uśpić Pimpka, bo po prostu się męczy. I tak też się stało :( Po Pimpku pozostało mi tylko wspomnienie. Jakiś czas po tym zdarzeniu moja ciotka Maria przywiozła mi nowego psiaka. Na początku już wydawał mi się jakiś duży. Był koloru jakby białego, lekko beżowego i jak teraz już wiem, to jakiś kundel pomieszaniec owczarka z niewiadomo, czym. No niestety w żaden sposób nie przypominał on mojego Pimpka. Mało tego, jako młody pies był strasznie głupawym psem. Skakał na ludzi, a mały to on nie był, przewracał, co poniektórych. Latał jak szalony po ogródku, kopał dziury, ku niezadowoleniu mojej mamuśki : ‘cholera Roman zrób coś z tym psem, bo tylko same dziury w ogródku i warzywa powyrywane z grządek!!!’ I jakby mało tego było to jak uciekł nie daj boże na wiochę, to wszystkie zwierzęta na każdym podwórku ganiał, aż pióra leciały. Nikogo się nie słuchał i nikt nie był dla niego „Panem”, miał swój świat. Nie miał nawet imienia, bo jakoś żadne nie pasowało do niego. Nawet budy nie miał, bo ta po Pimpku była dla niego po prostu za mała. Jakoś nie pasował do nas chyba. Ludzie narzekali na niego, ale on sam robił podkopy pod bramą, zwiewał i tyle. Aż pewnego letniego dnia przyszedł do nas sąsiad z naprzeciwka. Pan Dyrektor, ojciec mojej koleżanki Marty z pretensjami i ze zdechłą kaczką w reku.’ Zobacz Roman kurcze no, zadusił mi kaczkę łobuz, no’ szybko zapadła decyzja, że niestety oddamy „łobuza” i tak też się stało. „Łobuz” był u nas jakiś miesiąc. I znowu nie mieliśmy psa. Za jakiś czas od tego zdarzenia mój ojciec przywiózł kolejnego psiaka. Psota- bo tak się zwała, nie była już małym psem, a właściwie suczką. Była wzięta od kogoś, kto jej nie chciał. Miała jakieś 2 -3 lata. Była ruda, oczy miała zielone, średniego wzrostu jak Pimpek, była oczywiście kundelkiem. Pamiętam pierwsze spotkanie z nią. Mamuśka do mnie mówi: ‘idź zajrzyj do budy, Psotka tam siedzi piesek nowy’- no to poszłam. W budzie czarno nic nie widać, tylko wielkie zielone ,świecące oczyska. Wyciągnęłam rękę do środka budy i usłyszałam tylko warczenie wrrrrrr, więc wycofałam rękę. Psota była charakterna i stara wyga z niej była. Nie dała się męczyć jak Pimpek. Warczała i jak jej coś nie pasiło to potrafiła nawet pogonić, wtedy to najlepiej było na budę wskoczyć, tak robiłam :) ale z czasem Psota przyzwyczaiła się do mnie i do innych domowników i ja do niej też. Psota została z nami, aż do dnia, kiedy miałam 6 lat, moi rodzice dostali mieszkanie w mieście, więc wyprowadziłam się z rodzicami i siostrą do Stargardu, bez Psoty. Szkoda tej mojej Psoty, bo pieski maiła los, znowu została oddana, do mojej babci i ciotki. Mieszkały one w następnym domu od nas. Jak do nich przyjeżdżałam w odwiedziny, to już niestety nie była moja Psota :(





She calls it love :>

Odbierzcie mi wszystkie uczucia,
jeśli mam być bez niego.
Zabijcie w noc księżycową przy zielonym
świecącym stawie, jeśli mam oczy jego zapomnieć.
Porzućcie moje zepsute ciało
z wydrapanymi oczami
na pustkowiu ciał,
w próżni bez niego,
bez sensu, bez skrupułów,
jeśli nie jego właśnie kocham.
Pokrójcie na kawałki moje umęczone, sine ciało.
Palce do palców,
głowa z szyją,
nogi ze stopami,
jeżeli nie wiem gdzie go szukać, gdy jest obok mnie.
Zróbcie to, co wam nakazałam,
jeśli  tylko macie odwagę pomóc mi w tym haniebnym uczynku.
30.10.2001 – autor Gosia Pieczyńska


Marcepan – marzenie z dzieciństwa :))

Przypomniała mi się historia, którą opowiadała mi mama, a którą jej opowiedziała jej mama, czyli babcia Zofia. Babcia Zosia razem z dziadkiem Stasiem byli na wojnie zesłani na roboty do Austrii. Babcia pracowała u Austriaka, jako pomoc domowa czy inaczej gosposia. Mama mówiła, że na służbie. Gotowała, sprzątała, itp. Więc jak wróciła do polski z wojny opowiadała na rodzinnych imprezach jak to żyją ludzie na zachodzie, co widziała, co jadła. Ten Austriak z rodziną, u którego pracowała babcia mieszkał w dworku. Miał w domu oranżerię, czyli zimowy ogród w domu lub inaczej mówiąc zabudowany przeszklony balkon, pokój, w którym w ozdobnych donicach rosły różne ozdobne oraz egzotyczne rośliny. Mieli drzewka pomarańczowe, cytrynowe, eukaliptusowe i wiele innych, które były tak egzotyczne dla babci Zofii, że trudno byłoby nie przechodzić koło nich nie próbując, chociaż popatrzeć na owoce z bliska. Była tam również roślina, a właściwie drzewko, które z relacji babci miało śliskie woskowate listki i owoce w kształcie jakby gruszki w kolorze żółto – pomarańczowym, a po obraniu w środku dzieliło się jakby na cząstki jak pomarańcza, ale każda cząstka miała inny kolor. W sensie jeden zielony, drugi czerwony, trzeci pomarańczowy itd.. i to właśnie był owoc marcepana :D Do dziś dnia żaden ze znanych mi owoców nie przypomina za cholerę tego z opowieści babci Zofii. Wiec nie wiem czy ta opowieść była prawdziwa czy to po prostu wyobraźnia babci taka kolorowa była podczas tej wojny. Wiele lat żyłam z tą myślą, że właśnie tak wygląda owoc marcepana, nawet moja mamuśka w to wierzyła oczywiście z nieświadomości. Aż kiedyś zainteresowałam się jedząc marcepana w czekoladzie, które mój ojciec namiętnie przywoził na początku lat dziewięćdziesiątych z Niemiec, jako łakoć i powiew zachodniego luksusu. Zaczęłam czytać skład na opakowaniu, a że w szkole uczyłam się angielskiego (to chyba 6 klasa była) i skład był oczywiście w języku niemieckim jak i angielskim. Ku mojemu zdziwieniu na pierwszym miejscu w składzie marcepana w czekoladzie były „almonds”, czyli migdały oraz śladowe ilości orzechów, jakieś olejki, woda i inne specyfiki. I tu szok mnie ogarnął :) ale oczywiście tak zainteresowałam się tym tematem, że zaraz na drugi dzień w szkole poleciałam do biblioteki szkolnej, wzięłam w obroty encyklopedię (bo oczywiście w moich czasach Google nie istniał) i pod hasłem marcepan znalazłam skład marcepana, migdały mielone, śladowe ilości orzechów, olejki migdałowe, woda etc.. i tak to właśnie dotarło do mnie że marcepan, który tak magicznie wyglądał w mojej wyobraźni, jako owoc, po prostu nie istnieje :D Marcepan jest produktem, batonikiem wyprodukowanym ze zmielonych migdałów :) Niestety to brzmi tak banalnie, że aż szkoda gadać :D






My first love story :)

Tak, tak pamiętam pierwsza miłość to była dopiero masakra :)  Byłam chyba w czwartej klasie podstawówki miałam jakieś 10 lat. W klasie mieliśmy kilku lolów, za którymi latały dziewczyny z klasy. Jeden z nich to był Piotrek, nie podam nazwiska, aczkolwiek moi ludzie będą wiedzieli któż to jest. Miał mało atrakcyjną ksywę Kupa, no niestety to ja chyba wymyśliłam tę ksywę, aczkolwiek nie z powodu nienawiści, raczej po to, aby zwrócić uwagę „ukochanego” :) . On też nie był tak subtelny.  Ja z kolei miałam jedyną w życiu ksywę nadaną właśnie przez niego – Gąsior :)  pięknie prawda?? No… on niby nie narzekał na swoją ksywę ja też. Więc było to tak. Pamiętam, że ciągle mi dokuczał i jak facetka od matmy nasza wychowawczyni posadziła Kupę za mną to się dopiero zaczęło. Ciągle miałam przez niego przerąbane, bo on chcąc okazać mi swoją sympatię czy tak jakby miłość ,albo kopał moje krzesło, albo przywiązywał mi włosy do krzesła, albo przyklejał mi kartki do pleców z tekstem: ‘Gąsior u Gąsiora najlepsze gęsi bez piór’ nie wiem czy ja wtedy też takie rzadkie włosy miałam, że łysego gąsiora przypominałam?? Nie ważne :) Facetka ciągle na mnie krzyczała: Gośka przestań gadać!!, Nie obracaj się do Piotrka!! Uspokójcie się obydwoje, Gośka wyjdź z klasy!! Normalnie ciągle na mnie było. Czasem były innego rodzaju podrywy, drapanie linijką po plecach, lub po rękach, rzucanie papierków z głupawymi tekstami na ławkę, ale najbardziej spektakularny przedstawia się następująco (już nie pamiętam, który to kreatywny z mojej klasy to wymyślił, ale chyba Koniu). A więc: bierzesz kredę, mażesz po tablicy, ścierasz kredę swoimi kapciami(wtedy moda była na wełniaki bardzo kredo chłonne), podchodzisz do wybranki i uderzając kapeć o kapeć robisz zadymę, tak zwaną chmurę przed twarzą swej „ukochanej” prawda, że fantastyczne?? :) To dopiero wojna była i skopane dupsko Piotrka przeze mnie :) No, więc w końcu po tak ciężkim procesie podrywu, na jakiejś przerwie, wiosna była, bo ciepło. Na trzepaku koło szkoły(moja buda to 13 na Zachodzie) ganialiśmy się dookoła trzepaka i w końcu padło to magiczne sformowanie: ‘Gośka!! Chcesz ze mną chodzić?? ‘ A ja oczywiście w skowronkach odpowiedziałam: ‘tak’ i wszystko miało już być super. Ale niestety życie podłe jest. Minęły jakieś 3 lekcje, kolejna przerwa idziemy na trzepak za rączkę. Przyszliśmy i jakieś typki siedziały na ławce starsze od nas i coś tam zaczęli szczekać do nas, no to ja do nich też odszczekałam, więc oni pogrozili mi, a ja w zaparte walczę z nimi, a Piotrek nic. No… skończyło się tak, że zaczęliśmy z „ukochanym” raczej szybką ewakuację w stronę szkoły i jeszcze na korytarzu powiedziałam mu: ‘Dobra Piotrek koniec z nami, zrywam z tobą’ i poszłam. Już wtedy nie wiadomo, o co mi chodziło, by się zdawało. Ale ja nie mogłam zrozumieć kurcze, dlaczego do cholery to ja sama miałam się bronić przed typkami koło trzepaka?? Nie ważne, że ja tak troszkę do nich napierałam z tekstami yyyy no w sensie jęzor to ja miałam cięty i gęba nie zamykała mi się ciągle :)  po prostu nie obronił mnie i koniec związku, miłość skończona, dupa zimna, chleba z tego pieca nie będzie. No… oczywiście moja decyzja była zbyt pochopna i krzywdząca dla Piotrka, jak się okazało również dla mnie, bo jednak chciałam być jego dziewczyną, ale cóż… takie życie. Chciało się być odważną to się później cierpiało i w poduszkę ryczało do rana, takie są konsekwencje cholera, jak rozum głupszy od serca :)