wtorek, 30 listopada 2010

„Szarzy ludzie"

„Szarzy ludzie"

Puste głowy wasze mdli pisarze zwykłych dni.
Pustość w duszach waszych stała jest, niewywietrzona.
Całość życia wątła i powierzchownie przyległa do ciał waszych,
cienkich jak papierki pergaminowe i malutkich jak czapeczki krasnali.
Rzewnie płacząc bez celu, krople słonych łez lejecie dla pozoru,
wylewając się na zewnątrz .
Łaknąc poklasku i litości nie myśląc o pustości płuc waszych gołych
i rozumów jak z pajęczyny nici nie trwałych utkanych.
Za czym płaczecie puste głowy??
Wygnite oczy wasze są lustrem tego,
czego w środku nie macie.
Prócz cząstek ciała,
które jeszcze w was pozostały,
niezgnite, na wpół świeże,
a może nawet odgrzewane co dzień.

21.09.2001 - autor Gosia Pieczyńska
Diego Rivera



sobota, 27 listopada 2010

Piątek 13 - ego ;)

Jak zapewne większość ludzi nie lubiłam 13 -ego dnia każdego miesiąca, bo oczywiście powszechnie 13 uważany jest za pechowy. Pewnego dnia był to ostatni dzień tygodnia, czyli piątek i to w dodatku oczywiście 13. To były złote czasy mojej podstawówki. Byłam w 6 klasie.  Na geografii baba zrobiła man kartkówkę i automatycznie pojawiła się myśl w mojej głowie: „ no jasne 13…. ja nie jestem przygotowana, a ta zołza robi kartkówkę!!” no… to był koniec szczęśliwego dnia w budzie. Zołza zaczęła dyktować pytania, byłam spisana na straty, no wtedy dla mnie to była masakra :) Ale o cudo po odnotowaniu na kartce pytań okazało się, że cholera jasna, niech to gwint ściśnie ja znam odpowiedzi na te pytania!!! Oczywiście zaraz po oddaniu wszystkich kartek w klasie baba od gery sprawdziła kartkówki. I co się okazało?? Heheh szef nad wszystkie szefy dostał 5 z tej kartkówki!!! Ye ye ye!!! To było jak wygrana w totka :) Ale to jeszcze nie był koniec dnia i to nie było ostatnie zaskoczenie tego dnia. Wróciłam do chaty zadowolona jak cholera. A że to już blisko wakacji było, więc spieszyłam się, bo na nasze osiedle przyjechało wesołe miasteczko, więc to było najlepsze miejsce spotkań po szkole. Na placu, na przeciwko mojej chaty stało to magiczne wesołe miasteczko. Wydawało się na nim każdy grosz, jaki się miało. Koło karuzeli łańcuchowej stała zwykła metalowa buda na kółkach, czyli strzelnica :) Do strzelnicy prowadziły drewniane schodki, więc przychodziliśmy z kumplami i siadaliśmy na schodkach strzelnicy. Tego dnia, a przypominam, że był to piątek 13 – ego, poszłam tam z kumpelą. Siadłyśmy sobie na tych drewnianych schodkach. I tak siedzę i patrzę, rozglądam się. Oblukałam wszystko, co się dzieje i znudzona spojrzałam w dół. I cholera to był szok, to było największe zaskoczenie tego dnia, to było dla mnie cholera prawie magiczne i niemożliwe!!!! Taaaaakie szczęście, znalazłam całą, papierową stówę!!! 100 złotych!!! Kurcze to wtedy była ogromna kasa, pamiętam, że można było za to spooooro kupić, ale ja wymyśliłam sobie że za tą kasiorę kupię sobie kostium kąpielowy. I tak też się stało. To był mój pierwszy dorosły kostium kąpielowy :) Taki jednoczęściowy, ale dość mocno wycięty na dole, no jak na tamte czasy dość seksowny :) Wszystkie koleżanki w budzie mi go zazdrościły. Był tak seksi, że kolesie z klasy na basenie, zanurzali głowy w okularkach pływackich i gapili się na moje, jak dla nich prawie gołe części intymne :)))

I w ten sposób, piątek 13 – ego został po prostu odczarowany. Do dnia dzisiejszego ten dzień, czy to piątek 13 –ego, czy sam 13 lub liczba 13 jest dla mnie szczęśliwa. Mój mąż urodził właśnie się 13 – ego, mieszkamy razem w budynku numer 13 i wydaje mi się, że poznaliśmy sie właśnie 13 – tego!!!, aczkolwiek tego nie pamiętam dokładnie, bo kurcze jakoś tak wyszło, że cholerka byłam na małej bombce :) Lekkim paradoksem jest to, że pewnie jakby się człowiek dokładnie rozejrzał, to okazało by się, że jest więcej 13 w moim życiu, niż mnie się wydaje :)





poniedziałek, 22 listopada 2010

Lodożerki :)

Czekam na dzień 16 grudnia, bo wtedy przyjeżdża do Polski moja siostra, która mieszka i pracuje w Holandii. I w związku z tym przypomniała mi się jedna historia :) Miałam 8 lat, a Ewa 5 lat. To był dzień mojej komunii. Od gości oprócz prezentów na komunię dostałam oczywiście kasę, co niezmiernie mnie cieszyło. Prezenty były fajne, ale kaska to dopiero była wolność :) No… prezenty były oczywiście ekskluzywne np. różowy zestaw długopis, zegarek, kalkulator oraz mini pianinko :))) książki, łańcuszek z medalikiem, pierścionek oraz drugi zestaw tym razem w kolorze białym i znowu: długopis, zegarek, kalkulator oraz mini pianinko :) Ja oczywiście czekałam, aż dostanę kaskę do łapki, siorę za rękę i w długą. A że niestety to niedziela była i sklepy pozamykane, to żal był ogromny, bo kasa paliła w łapki. Maj, strasznie gorąco było, a ja kochałam lody z automatu. Takie lody były najbliżej na osiedlu 30 - lecia PRL, czyli na obecnym oś. Zachód. Tak, więc poszłyśmy z siorką na lody. Najpierw zjadłyśmy po jednym dużym, później po 2 małe, kolejnie były chyba znowu duże. Z tego co pamiętam, to w konsekwencji zjadłyśmy po 10 - 12 lodów. Kilka razy wysyłałam po nie siorkę, bo stałyśmy w oddaleniu od budki z lodami, żeby babka nie pomyślała, że my takie łakome jesteśmy :)  (jakby nie widziała, że to ta sama dziewczynka przychodzi po lody). Po tej ilości lodów to Ewa zaczęła marudzić, że zimno jej się zrobiło, więc ja, jako starsza siorka zarządziłam, że wracamy do chaty. Z tego łakomego dnia pamiętam tylko tyle, że na koniec dnia zwymiotowałam :) Takie to czasy kurcze były, że nie dość, że nic w sklepach nie było, to jeszcze jak człowiek dorwał się do lodopoju :) to jadł do oporu.

Tym razem jak Ewka wróci, to raczej kawka będzie, 
jakieś ciacho w kawiarni,
 latanie po Galaxy, Multikino i cholera wie, co jeszcze :) 





Psi żywot :)

Ostatnio z Mężem rozmawialiśmy na bardzo ciekawy temat: Kochanie miałaś jakiegoś psiaka jak byłaś mała? I się zaczęło heheh. Przypomniałam sobie kilka historii z dzieciństwa i moje psiaki :D Jak jeszcze mieszkałam na wsi (miałam 2-3 lata) mój ojciec przywiózł do domu małe czarne i puchate :) to był mój Pimpek. Czarne dłuższe i kręcone włosy, opadającą grzywka na oczy. Miał brązowe duże i wlepione najczęściej w jedzenie oczy. Kundelek, ale trochę podobny do jorka, tylko troszkę większy, ale za to strasznie hałaśliwy. Pimpek miał swój charakter, swoją budę koło mojej piaskownicy prawie, swoje miski chyba ze 3. Ogólnie zawsze dużo latał, szczekał oblizywał stopy. Ganiał jak szalony za autami. I chyba najfajniejszym jego zajęciem były ucieczki za płot, aby polatać po wsi oraz obszczekiwanie obcych samochodów. Pimpek był bardzo kochanym i pociesznym psiakiem. Zawsze podlatywał do każdego i machał ogonkiem, kładł się i wystawiał swój różowo-czarny brzuch żeby go głaskać. Ludzie go lubili. Mamuśka mi powiedziała, że ja i Pimpek to wiernymi byliśmy przyjaciółmi.  Właściwie aż za bardzo. (Ja tego nie pamiętam), jak kiedyś wylała dla Pimpka jakąś resztkę zupy, (bo wtedy Pedigree nie istniało), więc wylała tę zupę i w niej były gotowane marchewki. Mamuśka patrzy przez okno czy się bawię, czy jestem i widzi moje nogi wystające z budy. Ja na czworaka (integracja z kumplem) wciskam mu na siłę do pyska marchewkę, a Pimpek spokojnie zaciska zęby, dając wyraźny znak, że nie chce. No, więc jak on nie chciał to co się będzie marnowała marchewka gotowana, no to z fullbakteryjnej miski Pimpka, zaczęłam wyżerać tę marchewkę, a co, nie chce, to ja zjem. Mamuśka jak to zobaczyła to wyleciała do mnie heheh, oczywiście nawet nie miałam rozwolnienia, ani żadnych innych wymiotów. Przeszło przez żołądek jak masełko.Cholera, pewnego dnia ktoś ze wsi powiedział ojcu, że Pimpek miał wypadek, że leży pod sklepem spożywczym u nas we wsi, ojciec poleciał zobaczyć, co się stało. Przyniósł go na rękach :(  niestety jego zabawa w obszczekiwanie samochodów skończyła się dla niego tragicznie.  Tego dnia przywozili towar do sklepu starem, a Pimpek mały był, latał i szczekał na opony.  Po prostu facet nie zauważył go jak cofał i najechał na niego. Zmiażdżył mu tylne łapki ;( Pimpek przeżył, ale od tej pory był już małą kaleką. Ciągał za sobą te tylne łapki i czasem piszczał. Wyglądało to strasznie, szczególnie dla mnie. Pewnego dnia moi rodzice stwierdzili, że trzeba uśpić Pimpka, bo po prostu się męczy. I tak też się stało :( Po Pimpku pozostało mi tylko wspomnienie. Jakiś czas po tym zdarzeniu moja ciotka Maria przywiozła mi nowego psiaka. Na początku już wydawał mi się jakiś duży. Był koloru jakby białego, lekko beżowego i jak teraz już wiem, to jakiś kundel pomieszaniec owczarka z niewiadomo, czym. No niestety w żaden sposób nie przypominał on mojego Pimpka. Mało tego, jako młody pies był strasznie głupawym psem. Skakał na ludzi, a mały to on nie był, przewracał, co poniektórych. Latał jak szalony po ogródku, kopał dziury, ku niezadowoleniu mojej mamuśki : ‘cholera Roman zrób coś z tym psem, bo tylko same dziury w ogródku i warzywa powyrywane z grządek!!!’ I jakby mało tego było to jak uciekł nie daj boże na wiochę, to wszystkie zwierzęta na każdym podwórku ganiał, aż pióra leciały. Nikogo się nie słuchał i nikt nie był dla niego „Panem”, miał swój świat. Nie miał nawet imienia, bo jakoś żadne nie pasowało do niego. Nawet budy nie miał, bo ta po Pimpku była dla niego po prostu za mała. Jakoś nie pasował do nas chyba. Ludzie narzekali na niego, ale on sam robił podkopy pod bramą, zwiewał i tyle. Aż pewnego letniego dnia przyszedł do nas sąsiad z naprzeciwka. Pan Dyrektor, ojciec mojej koleżanki Marty z pretensjami i ze zdechłą kaczką w reku.’ Zobacz Roman kurcze no, zadusił mi kaczkę łobuz, no’ szybko zapadła decyzja, że niestety oddamy „łobuza” i tak też się stało. „Łobuz” był u nas jakiś miesiąc. I znowu nie mieliśmy psa. Za jakiś czas od tego zdarzenia mój ojciec przywiózł kolejnego psiaka. Psota- bo tak się zwała, nie była już małym psem, a właściwie suczką. Była wzięta od kogoś, kto jej nie chciał. Miała jakieś 2 -3 lata. Była ruda, oczy miała zielone, średniego wzrostu jak Pimpek, była oczywiście kundelkiem. Pamiętam pierwsze spotkanie z nią. Mamuśka do mnie mówi: ‘idź zajrzyj do budy, Psotka tam siedzi piesek nowy’- no to poszłam. W budzie czarno nic nie widać, tylko wielkie zielone ,świecące oczyska. Wyciągnęłam rękę do środka budy i usłyszałam tylko warczenie wrrrrrr, więc wycofałam rękę. Psota była charakterna i stara wyga z niej była. Nie dała się męczyć jak Pimpek. Warczała i jak jej coś nie pasiło to potrafiła nawet pogonić, wtedy to najlepiej było na budę wskoczyć, tak robiłam :) ale z czasem Psota przyzwyczaiła się do mnie i do innych domowników i ja do niej też. Psota została z nami, aż do dnia, kiedy miałam 6 lat, moi rodzice dostali mieszkanie w mieście, więc wyprowadziłam się z rodzicami i siostrą do Stargardu, bez Psoty. Szkoda tej mojej Psoty, bo pieski maiła los, znowu została oddana, do mojej babci i ciotki. Mieszkały one w następnym domu od nas. Jak do nich przyjeżdżałam w odwiedziny, to już niestety nie była moja Psota :(





She calls it love :>

Odbierzcie mi wszystkie uczucia,
jeśli mam być bez niego.
Zabijcie w noc księżycową przy zielonym
świecącym stawie, jeśli mam oczy jego zapomnieć.
Porzućcie moje zepsute ciało
z wydrapanymi oczami
na pustkowiu ciał,
w próżni bez niego,
bez sensu, bez skrupułów,
jeśli nie jego właśnie kocham.
Pokrójcie na kawałki moje umęczone, sine ciało.
Palce do palców,
głowa z szyją,
nogi ze stopami,
jeżeli nie wiem gdzie go szukać, gdy jest obok mnie.
Zróbcie to, co wam nakazałam,
jeśli  tylko macie odwagę pomóc mi w tym haniebnym uczynku.
30.10.2001 – autor Gosia Pieczyńska


Marcepan – marzenie z dzieciństwa :))

Przypomniała mi się historia, którą opowiadała mi mama, a którą jej opowiedziała jej mama, czyli babcia Zofia. Babcia Zosia razem z dziadkiem Stasiem byli na wojnie zesłani na roboty do Austrii. Babcia pracowała u Austriaka, jako pomoc domowa czy inaczej gosposia. Mama mówiła, że na służbie. Gotowała, sprzątała, itp. Więc jak wróciła do polski z wojny opowiadała na rodzinnych imprezach jak to żyją ludzie na zachodzie, co widziała, co jadła. Ten Austriak z rodziną, u którego pracowała babcia mieszkał w dworku. Miał w domu oranżerię, czyli zimowy ogród w domu lub inaczej mówiąc zabudowany przeszklony balkon, pokój, w którym w ozdobnych donicach rosły różne ozdobne oraz egzotyczne rośliny. Mieli drzewka pomarańczowe, cytrynowe, eukaliptusowe i wiele innych, które były tak egzotyczne dla babci Zofii, że trudno byłoby nie przechodzić koło nich nie próbując, chociaż popatrzeć na owoce z bliska. Była tam również roślina, a właściwie drzewko, które z relacji babci miało śliskie woskowate listki i owoce w kształcie jakby gruszki w kolorze żółto – pomarańczowym, a po obraniu w środku dzieliło się jakby na cząstki jak pomarańcza, ale każda cząstka miała inny kolor. W sensie jeden zielony, drugi czerwony, trzeci pomarańczowy itd.. i to właśnie był owoc marcepana :D Do dziś dnia żaden ze znanych mi owoców nie przypomina za cholerę tego z opowieści babci Zofii. Wiec nie wiem czy ta opowieść była prawdziwa czy to po prostu wyobraźnia babci taka kolorowa była podczas tej wojny. Wiele lat żyłam z tą myślą, że właśnie tak wygląda owoc marcepana, nawet moja mamuśka w to wierzyła oczywiście z nieświadomości. Aż kiedyś zainteresowałam się jedząc marcepana w czekoladzie, które mój ojciec namiętnie przywoził na początku lat dziewięćdziesiątych z Niemiec, jako łakoć i powiew zachodniego luksusu. Zaczęłam czytać skład na opakowaniu, a że w szkole uczyłam się angielskiego (to chyba 6 klasa była) i skład był oczywiście w języku niemieckim jak i angielskim. Ku mojemu zdziwieniu na pierwszym miejscu w składzie marcepana w czekoladzie były „almonds”, czyli migdały oraz śladowe ilości orzechów, jakieś olejki, woda i inne specyfiki. I tu szok mnie ogarnął :) ale oczywiście tak zainteresowałam się tym tematem, że zaraz na drugi dzień w szkole poleciałam do biblioteki szkolnej, wzięłam w obroty encyklopedię (bo oczywiście w moich czasach Google nie istniał) i pod hasłem marcepan znalazłam skład marcepana, migdały mielone, śladowe ilości orzechów, olejki migdałowe, woda etc.. i tak to właśnie dotarło do mnie że marcepan, który tak magicznie wyglądał w mojej wyobraźni, jako owoc, po prostu nie istnieje :D Marcepan jest produktem, batonikiem wyprodukowanym ze zmielonych migdałów :) Niestety to brzmi tak banalnie, że aż szkoda gadać :D






My first love story :)

Tak, tak pamiętam pierwsza miłość to była dopiero masakra :)  Byłam chyba w czwartej klasie podstawówki miałam jakieś 10 lat. W klasie mieliśmy kilku lolów, za którymi latały dziewczyny z klasy. Jeden z nich to był Piotrek, nie podam nazwiska, aczkolwiek moi ludzie będą wiedzieli któż to jest. Miał mało atrakcyjną ksywę Kupa, no niestety to ja chyba wymyśliłam tę ksywę, aczkolwiek nie z powodu nienawiści, raczej po to, aby zwrócić uwagę „ukochanego” :) . On też nie był tak subtelny.  Ja z kolei miałam jedyną w życiu ksywę nadaną właśnie przez niego – Gąsior :)  pięknie prawda?? No… on niby nie narzekał na swoją ksywę ja też. Więc było to tak. Pamiętam, że ciągle mi dokuczał i jak facetka od matmy nasza wychowawczyni posadziła Kupę za mną to się dopiero zaczęło. Ciągle miałam przez niego przerąbane, bo on chcąc okazać mi swoją sympatię czy tak jakby miłość ,albo kopał moje krzesło, albo przywiązywał mi włosy do krzesła, albo przyklejał mi kartki do pleców z tekstem: ‘Gąsior u Gąsiora najlepsze gęsi bez piór’ nie wiem czy ja wtedy też takie rzadkie włosy miałam, że łysego gąsiora przypominałam?? Nie ważne :) Facetka ciągle na mnie krzyczała: Gośka przestań gadać!!, Nie obracaj się do Piotrka!! Uspokójcie się obydwoje, Gośka wyjdź z klasy!! Normalnie ciągle na mnie było. Czasem były innego rodzaju podrywy, drapanie linijką po plecach, lub po rękach, rzucanie papierków z głupawymi tekstami na ławkę, ale najbardziej spektakularny przedstawia się następująco (już nie pamiętam, który to kreatywny z mojej klasy to wymyślił, ale chyba Koniu). A więc: bierzesz kredę, mażesz po tablicy, ścierasz kredę swoimi kapciami(wtedy moda była na wełniaki bardzo kredo chłonne), podchodzisz do wybranki i uderzając kapeć o kapeć robisz zadymę, tak zwaną chmurę przed twarzą swej „ukochanej” prawda, że fantastyczne?? :) To dopiero wojna była i skopane dupsko Piotrka przeze mnie :) No, więc w końcu po tak ciężkim procesie podrywu, na jakiejś przerwie, wiosna była, bo ciepło. Na trzepaku koło szkoły(moja buda to 13 na Zachodzie) ganialiśmy się dookoła trzepaka i w końcu padło to magiczne sformowanie: ‘Gośka!! Chcesz ze mną chodzić?? ‘ A ja oczywiście w skowronkach odpowiedziałam: ‘tak’ i wszystko miało już być super. Ale niestety życie podłe jest. Minęły jakieś 3 lekcje, kolejna przerwa idziemy na trzepak za rączkę. Przyszliśmy i jakieś typki siedziały na ławce starsze od nas i coś tam zaczęli szczekać do nas, no to ja do nich też odszczekałam, więc oni pogrozili mi, a ja w zaparte walczę z nimi, a Piotrek nic. No… skończyło się tak, że zaczęliśmy z „ukochanym” raczej szybką ewakuację w stronę szkoły i jeszcze na korytarzu powiedziałam mu: ‘Dobra Piotrek koniec z nami, zrywam z tobą’ i poszłam. Już wtedy nie wiadomo, o co mi chodziło, by się zdawało. Ale ja nie mogłam zrozumieć kurcze, dlaczego do cholery to ja sama miałam się bronić przed typkami koło trzepaka?? Nie ważne, że ja tak troszkę do nich napierałam z tekstami yyyy no w sensie jęzor to ja miałam cięty i gęba nie zamykała mi się ciągle :)  po prostu nie obronił mnie i koniec związku, miłość skończona, dupa zimna, chleba z tego pieca nie będzie. No… oczywiście moja decyzja była zbyt pochopna i krzywdząca dla Piotrka, jak się okazało również dla mnie, bo jednak chciałam być jego dziewczyną, ale cóż… takie życie. Chciało się być odważną to się później cierpiało i w poduszkę ryczało do rana, takie są konsekwencje cholera, jak rozum głupszy od serca :)



Orzechobranie :)))

Ehhh życie kochani życie… wzywa mnie pranie i gotowanie także żegnam się. A tak wspomnieniowo do tego, że mieszkałam w pobliżu cmentarza to jeszcze mnie się przypomniała historia. Miałam jakieś 7 może 8 lat i na cmentarzu rośną różne drzewa jak wszyscy wiedzą dęby oraz orzechy również. Pamiętam jak się chodziło na orzechy laskowe na cmentarz i garściami nosiliśmy je do koszulki i kamykami rozbijało się je, aż tu kiedyś z kumpelą idziemy załadowane koszulki orzechami, takie wielkie były dorodne i soczyste, niezły łup w końcu :)  i jakiś koleś taki gdzieś 13 -14 lat, no dla nas stary. Zobaczył nas i gada do nas: ‘ej gnoje! A wiecie, co jest w tych orzechach?? ‘A my: ‘a co ??’ i gada dalej:’ bo w ziemi to ludzie leżą nieżywi, trupy i drzewa pobierają sobie z nich soki, wodę rozumiecie??? Jecie w tych orzechach te soki z trupów !!! ‘ i się śmieje. A ja z kumpelą na siebie głupie miny, no przynajmniej ona miała głupią. Ja siebie nie widziałam, ale się domyślam, że też miałam głupią. Po przemyśleniu sprawy (jakieś 2 minuty) i konsultacji wspólnej wywaliłyśmy wszystkie orzechy i w długą z cmentarza i łaziłyśmy po podwórku i rozpowiadałyśmy to wszystkim. A kolesie z naszego rewiru: ‘to wy nie wiedziałyście o tym??? Heheheh baby zawsze głupie nic nie wiedzą. Ja mówię do jednego z nich ‘i wy wiecie i jecie to??’ a on do nas: ‘ no i co z tego przecież oni i tak już nie żyją!’ :)  śmiech mnie teraz ogarnął, bo jakby mało tego było to jeszcze naradziłam się z kumpelą i mówię do niej: ‘ ty to teraz mamy grzech i trzeba iść do spowiedzi’ ona do mnie: ‘ wiesz Gośka to jest poważne może lepiej nic nie gadać’. Ja poszłam, bo mi sumienie dokuczało. A morał z tego jest taki, że nigdy nie wiadomo, co z czego jest zrobione i co jemy też nie wiemy :)





SPA dla krasnali :))

Kurcze to wspomnienie to jest naprawdę baaaardzo stare wspomnienie. Miałam wtedy jakieś 4 może 5 lat nie wiem dokładnie. Mieszkałam jeszcze wtedy na wsi. Mieliśmy dom i ogródek i przed domem ja miałam, jako jedyna we wsi swój mały plac zabaw. Dzieci ze wsi przychodziły do mnie się bawić. Wiadomo piaskownica, huśtawka, stolik i 4 krzesełka z klocków drewna. Na jakieś urodziny czy inną okazję dostałam zestaw mebelek do łazienki, pamiętam niebieskie były był malutki zlewik, wanienka i toaleta i lustereczko. Pamiętam, że od jakiegoś czasu miałam jakieś fazy na krasnoludki. Wymyśliłam sobie, że koniecznie musze zrobić dla nich tę łazienkę. I koło piaskownicy uwiłam taki kokonik z trawy. Do kokoniku włożyłam mebelki. Nalałam wody do wanienki i zlewiku i maleńkie mydełko położyłam na wanience, w sensie odłupany paznokciem skrawek mydła :D dbałam o szczegóły ( tak do dziś mi zostało :) dywanik był z kawałeczka materiału, ręczniczek też, po prostu maleńki luksusik. Najśmieszniejsze było to, że codziennie rano przybiegałam do kokoniku i zaglądałam czy krasnoludki się kompały i … wierzyłam święcie, że tak, bo woda codziennie była brudna, a ręczniczek mokry ku mojej radości, ale teraz wiem, że to był kurz i brud oraz inne rzeczy, które nawiewał wiatr do kokoniku, a ręczniczek był mokry, bo co rano rosa zbierała się na trawie. Teraz to wspomnienie dla mnie jest taaaakie słodkie i śmieszne, ale wtedy to była codzienna misja do spełnienia. Nie wiem jak długo trwała ta zabawa w SPA dla krasnali, ale wspominam tę zabawę do dziś to się dopiero nazywa fantazja :)

Psia głupawka, skutki dokarmiania :))

Mój stary twór :))

Wszystko sprowadza się do śmierci.
Jedząc pyszne udko z kurczaka, delektujesz się nim,
nie myśląc o śmierci, jaka kojarzy się z jego spożywaniem.
Albo pisząc na kartce nie myślisz ze właśnie zabiłeś drzewo, korzystając z arkusza.
Idąc po trawie depczesz małe mieszkanka mrówek, które nie zrobiły nic,
co mogłoby cie sprowokować do czynów morderczych na ich osobnikach,
ale idąc zabijasz. Myślisz wtedy:, ‘jaka piękna trawa’
nie przyglądając się jej dokładnie podążasz jedząc makrele z puszki,
w której ciasno poukładane rybki
świecą do ciebie blaskiem swojej oskrobanej z łusek skóry.
Myślisz: ‘ryba, jak ryba – dobra’,
zjadając właśnie wujka lub ojca jakiemuś rybiemu dzieciakowi.
Wiec sumując wszystkie wnioski mogę powiedzieć ze spokojem ducha,
z puszka pełna ryb w reku,
z mrówka i żukiem przyklejonym do podeszwy mojego buta,
z myślą o smaku kurzego udka i z listem do znanej organizacji Greenpeace,
że śmierć jest częścią naszego życia i wcześniej czy później jest nieunikniona.
4.06.2001 – autor Gosia Pieczyńska