wtorek, 28 grudnia 2010

Święta, święta i po świętach :)

Tegoroczne Święta Bożego Narodzenia spędziłam z Robertem, moimi rodzicami oraz moją siostrą i szwagrem Wojtkiem. Od 4 lat moja siostra mieszka w Holandii. I od 4 lat nie przyjeżdżała do Polski na święta, ponieważ nie dostawała dłuższego urlopu świątecznego. W tym roku również się nie udało przyjechać, bo z kolei Wojtek nie dostał urlopu na święta, więc to my wybraliśmy się do nich. W chwili obecnej mieszkają w Gorinchem. To taka turystyczna miejscowość. Nazywana jest ona przez holendrów perłą Holandii, część miasteczka jest wyspą. Ewa i Wojtek właśnie mieszkają na tej wyspie. Poniżej przedstawiam krótką relację z tej świątecznej podróży. Są przygotowania do Wigilii, jest Gorinchem nocą i Gorinchem w dzień, właściwie widok z chaty Ewy i Wojtka, choć nie tylko. Foty robione są telefonem i… a z resztą zobaczcie sami :)

Aha i dodałam filmik z podróży autem po akurat niemieckiej autostradzie :)))))
































piątek, 17 grudnia 2010

Najlepsze ciacho czekoladowe :)

Tak przed świątecznie "włamując" się już w szaleństwo przygotowań podaję mój ulubiony przepis na ciacho czekoladowe. Zapraszam do wypróbowania przepisu :)

Ciacho:

1 tabliczka czekolady gorzkiej. Takiej, co najmniej 50 % lub więcej
1 kostka dobrej, jakości masła
 7 stołowych łyżek kakao
1 szklanka cukru
5 łyżek stołowych mąki
4 jajka
pół opakowania cukru waniliowego lub olejek waniliowy
olejek rumowy lub arakowy
1 opakowanie rodzynek
5 łyżeczek proszku do pieczenia
mleko (jeśli jest potrzeba)

Potrzebujemy:

- mikser
- metalowa miska
- miska do białek
- garnek z wodą (wody nie musi być dużo)
- łyżka do mieszania
- blaszka do pieczenia


Więc kochani domowym sposobem przygotujcie sobie kąpiel wodną. Potrzebujemy metalową miskę oraz garnek z wodą. Taki, aby wasza miska weszła do garnka, ale nie może ona w nim pływać :) Masło pokrójcie w małe kostki (zostawcie sobie kawałeczek do smarowania blaszki), czekoladę połamcie na małe kawałki to wszystko włóżcie do miski. Do tego dorzućcie cukier oraz 7 stołowych łyżek kakao. Włóżcie teraz miskę do garnka z wodą. Pilnujcie, aby ogień nie był zbyt duży i cały czas mieszajcie, aż czekolada oraz masło się rozpuści. Nie pozostawiajcie tej mikstury :) samej na ogniu, ponieważ może szybko zgęstnieć lub się przypalić. W całej kuchni lub jak u mnie w kuchni i salonie rozejdzie się cudny zapach czekolady :) Masa powinna być aksamitna. Więc jak składniki się rozpuszczą wyciągamy miskę z garnka. Czekamy, aż masa wystygnie. Następnie dodajemy cukier waniliowy, olejek rumowy (kilka kropli) musi być czuć aromat w cieście. Ja to robię oczywiście na wyczucie :) Żółtka jajek należy oddzielić od białek. Dodać żółtka do masy. Sypiemy proszek do pieczenia oraz mąkę. Mąkę dosypujemy po 1 łyżce i zaczynamy miksować. Jeśli masa jest za gęsta dodajemy troszkę mleka. Masa powinna być zwarta, ale nie za gęsta (nie powinna być sucha). Teraz w drugiej misce miksujemy białka na sztywno. Do masy ubitej wcześniej dodajemy całe zmiksowane białka i UWAGA mieszamy łyżką tak, aby dodać jeszcze powietrza do ciasta. Ciasto powinno mieć cudny zapach oraz ślicznie lśnić. Bardzo lubię to ciasto w tej jeszcze płynnej postaci :) Na końcu dodajemy całe opakowanie rodzynek i mieszamy delikatnie. Następnie smarujemy blaszkę masłem. Ja niczym jej nie posypuję, ponieważ nie lubię, kiedy ciasto na brzegach ma inny smak. Wtedy też jest też bardziej suche. Wylewamy masę na blachę.

Ciacho wstawiamy do nagrzanego piekarnika 180 stopni (ja mam termo obieg).

Po upieczeniu i ostygnięciu ja je podaję najczęściej z bitą śmietaną i owocami :) Choć ja i Robert bardzo lubimy również samo ciacho. Przepis jest mój – autorski. Jest bardzo szybki łatwy do wykonania, a ciacho zawsze wychodzi :) Enjoy







niedziela, 12 grudnia 2010

Zakupowy szał :>

 Zbliża się czas przedświątecznego zakupowego szału. Kurcze i chyba mnie to zjawisko dopadnie w tym tygodniu. Trzeba sobie przecież kupić małe, co nieco. Pomijam już kupowanie prezentów. Ten proces to już łatwizna, ale wymyślanie, co komu kupić to jest sztuka. Oczywiście nie mam problemu z wybraniem sobie lub Robertowi prezentu :) Zazwyczaj ja dużo wcześniej wiem, co sobie kupię. Robert też zazwyczaj jest zdecydowany i jego prezenty są yyyy raczej zawsze związane z fotografią :) co właściwie mnie nie dziwi, ale rodzina udaje zawsze, że nie wie co można by kupić dla Roberta. Niby nie chcę uczestniczyć w zjawisku tego całego szału zakupowego, ale kurcze jakoś czekam, kiedy połażę sobie z Siorką po centrum handlowym. Właściwie zamierzamy spędzić tam cały dzień. No bo tak. Najpierw na początek oblecimy wszystkie newralgiczne sklepy. Kolejny krok to będzie wybór kilku, w których będziemy siedzieć i przymierzać. No i oczywiście po tak wyczerpujących zadaniach trzeba się posilić. Więc na jedzenie polecimy. Po obiadku, znowu polatać. H&M to ulubiony sklep, Zara, Reserved i kilka innych. Oczywiście kawa w Empiku to podstawa.  Prasówka kobieca - też trzeba coś zahaczyć. No i znów po sklepach, a to przymierzanie – szukanie - przymierzanie meczy jak cholera. W jakiejś przerwie na siku, można skorzystać i przebrać się w toalecie w nowe szmatki.  Jak już ubrań się trochę zgromadzi to buty trzeba pomierzyć. W między czasie kilka drobiazgów z biżuterii, jakieś inne duperele, to też kurcze wyczerpuje :> i jak już stopy bolą od łażenia to wtedy tak pod wieczór idziemy do Multikina na film, oczywiście bilety wcześniej zakupione zostały, bo to procedura standardowa w moim zjawisku szału zakupowego.  W kinie popcorn i pepsi, bo bez tego to jakoś dziwnie. I jak już jesteśmy opchane jak bąki tym popcornem, stopy nas bolą, i rąk brak na torby z zakupami, wtedy wykonujemy magiczny krok. Tak zwany telefon do prywatnego taksiarza, w sensie mojego Męża, który w drodze do domu jakoś znosi pokazywanie każdego duperela, jaki się kupiło. Cierpliwie to wytrzymuje, choć wie, że w domu jeszcze będzie przebieranie, czyli demonstracja nowych zdobyczy :) Aczkolwiek ten cały szał zakupowy na szczęście dopada mnie raz w roku. Jeśli ja to wytrzymuje, to chyba nie jest tak źle. Wydaje mnie się, że każdy czasem musi być próżny :) no i ja również bywam, dobrze tylko, że tak rzadko :>  








piątek, 10 grudnia 2010

Dziś moja Agencja obchodzi swoje 2 Urodziny!!!!

W Drugim Roczku istnienia rośniemy w siłę. Bogatsi o nowe doświadczenia, o naszych nowych ciekawych Klientów, o przyjaźnie, czyli byłych Klientów :) Szczęśliwi oraz pełni nowych pomysłów wkraczamy w nowy czas. Po wczorajszych przedświątecznych porządkach w biurze, czekamy na nowe wyzwania i cieszymy się, że ciągle się pojawiają. Mocy przybywaj !!!! :) abyśmy  ze spokojem realizowali wszystkie swoje plany i zamierzenia na nowy rok. 


czwartek, 2 grudnia 2010

Zimowy krecik :)

Zimowo dziś, więc u mnie także zimowy temat. Popadało dziś trochę i wielki paraliż komunikacyjny kurcze. Jak ja byłam małym rozrabiaką to pamiętam, jak wtedy napadało śniegu, jeszcze na wsi mieszkałam. To był 85’ rok kurcze, napadało tyle śniegu, że przed chatą z kumpelami z przedszkola robiłam tunele, którymi się łaziło. Budowało się domki ze śniegu, albo iglo z utoczonych kulek to była dopiero jazda. Cały dzień poza domem. Bo albo na górkę się szło z sankami, albo obchód po wsi z sankami, albo kulig jakiś we wsi się zmontowało, znaczy nie ja i kumpele, bo my 5 letnimi gnojkami byłyśmy, tylko starszaki. Pamiętam, że miałam rękawiczki na sznurku i taki czerwono - granatowy kombinezon z ortalionu na biały ekspres z przodu :) wyglądałam pewnie jak mały misiek w tym. Pamiętam, że ten cholerny zamek mi się ciągle zacinał i zawsze jak mi się chciało siku, to nie mogłam tego szybko odpiąć , ani szybko zapiąć. Zima była i wiadomo że mroziło, więc najważniejsze, aby szybko siknąć i na górkę. Ale zamek psuł wszystko. No i co? I oczywiście Gosia zawsze popuszczała w gacie, bo nigdy na czas nie zdążałam odpiąć zamka. A czasu mało, bo górka mnie wzywała :) Gosia oczywiście zawsze była pierwsza na górce i ostatnia z niej schodziła. Po kilku godzinach, kilkunastu wywrotkach, które były najlepsze, oczywiście mój kombinezon był już cały mokry, a ja cała przemoczona, więc i tak mamuśka nie zorientowałaby się, że popuszczam :) Takie czasy normalnie były, trud dnia codziennego dla 5 latka, to była poważna sprawa. Ten kombinezon miałam jeszcze jak się wyprowadziliśmy do miasta. Pamiętam, że w nim zaczął się podbój nowych terenów zimą w Stargardzie i cmentarz był najatrakcyjniejszy. Jesienią robili tam porządki i wszystkie liście zgarniali na takie ogromne kupy. Jak spadł śnieg i je zasypał, to była dopiero frajda, bo w tym też można było kopać tunele!!! To ja przywiozłam tę nową zabawę do miasta :) a jak!!! Tunele to była moja specjalność. Jak czerwono – granatowy krecik ryłam w liściach i śniegu tunele i zawsze byłam najbardziej brudna ze wszystkich dzieci :) Robota była najważniejsza, a nie image :)



Poniżej przedstawiam przykłady profesjonalnych zimowych krecików :))))