Przypomniała mi się historia, którą opowiadała mi mama, a którą jej opowiedziała jej mama, czyli babcia Zofia. Babcia Zosia razem z dziadkiem Stasiem byli na wojnie zesłani na roboty do Austrii. Babcia pracowała u Austriaka, jako pomoc domowa czy inaczej gosposia. Mama mówiła, że na służbie. Gotowała, sprzątała, itp. Więc jak wróciła do polski z wojny opowiadała na rodzinnych imprezach jak to żyją ludzie na zachodzie, co widziała, co jadła. Ten Austriak z rodziną, u którego pracowała babcia mieszkał w dworku. Miał w domu oranżerię, czyli zimowy ogród w domu lub inaczej mówiąc zabudowany przeszklony balkon, pokój, w którym w ozdobnych donicach rosły różne ozdobne oraz egzotyczne rośliny. Mieli drzewka pomarańczowe, cytrynowe, eukaliptusowe i wiele innych, które były tak egzotyczne dla babci Zofii, że trudno byłoby nie przechodzić koło nich nie próbując, chociaż popatrzeć na owoce z bliska. Była tam również roślina, a właściwie drzewko, które z relacji babci miało śliskie woskowate listki i owoce w kształcie jakby gruszki w kolorze żółto – pomarańczowym, a po obraniu w środku dzieliło się jakby na cząstki jak pomarańcza, ale każda cząstka miała inny kolor. W sensie jeden zielony, drugi czerwony, trzeci pomarańczowy itd.. i to właśnie był owoc marcepana
Do dziś dnia żaden ze znanych mi owoców nie przypomina za cholerę tego z opowieści babci Zofii. Wiec nie wiem czy ta opowieść była prawdziwa czy to po prostu wyobraźnia babci taka kolorowa była podczas tej wojny. Wiele lat żyłam z tą myślą, że właśnie tak wygląda owoc marcepana, nawet moja mamuśka w to wierzyła oczywiście z nieświadomości. Aż kiedyś zainteresowałam się jedząc marcepana w czekoladzie, które mój ojciec namiętnie przywoził na początku lat dziewięćdziesiątych z Niemiec, jako łakoć i powiew zachodniego luksusu. Zaczęłam czytać skład na opakowaniu, a że w szkole uczyłam się angielskiego (to chyba 6 klasa była) i skład był oczywiście w języku niemieckim jak i angielskim. Ku mojemu zdziwieniu na pierwszym miejscu w składzie marcepana w czekoladzie były „almonds”, czyli migdały oraz śladowe ilości orzechów, jakieś olejki, woda i inne specyfiki. I tu szok mnie ogarnął
ale oczywiście tak zainteresowałam się tym tematem, że zaraz na drugi dzień w szkole poleciałam do biblioteki szkolnej, wzięłam w obroty encyklopedię (bo oczywiście w moich czasach Google nie istniał) i pod hasłem marcepan znalazłam skład marcepana, migdały mielone, śladowe ilości orzechów, olejki migdałowe, woda etc.. i tak to właśnie dotarło do mnie że marcepan, który tak magicznie wyglądał w mojej wyobraźni, jako owoc, po prostu nie istnieje
Marcepan jest produktem, batonikiem wyprodukowanym ze zmielonych migdałów
Niestety to brzmi tak banalnie, że aż szkoda gadać 



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz