poniedziałek, 22 listopada 2010

Lodożerki :)

Czekam na dzień 16 grudnia, bo wtedy przyjeżdża do Polski moja siostra, która mieszka i pracuje w Holandii. I w związku z tym przypomniała mi się jedna historia :) Miałam 8 lat, a Ewa 5 lat. To był dzień mojej komunii. Od gości oprócz prezentów na komunię dostałam oczywiście kasę, co niezmiernie mnie cieszyło. Prezenty były fajne, ale kaska to dopiero była wolność :) No… prezenty były oczywiście ekskluzywne np. różowy zestaw długopis, zegarek, kalkulator oraz mini pianinko :))) książki, łańcuszek z medalikiem, pierścionek oraz drugi zestaw tym razem w kolorze białym i znowu: długopis, zegarek, kalkulator oraz mini pianinko :) Ja oczywiście czekałam, aż dostanę kaskę do łapki, siorę za rękę i w długą. A że niestety to niedziela była i sklepy pozamykane, to żal był ogromny, bo kasa paliła w łapki. Maj, strasznie gorąco było, a ja kochałam lody z automatu. Takie lody były najbliżej na osiedlu 30 - lecia PRL, czyli na obecnym oś. Zachód. Tak, więc poszłyśmy z siorką na lody. Najpierw zjadłyśmy po jednym dużym, później po 2 małe, kolejnie były chyba znowu duże. Z tego co pamiętam, to w konsekwencji zjadłyśmy po 10 - 12 lodów. Kilka razy wysyłałam po nie siorkę, bo stałyśmy w oddaleniu od budki z lodami, żeby babka nie pomyślała, że my takie łakome jesteśmy :)  (jakby nie widziała, że to ta sama dziewczynka przychodzi po lody). Po tej ilości lodów to Ewa zaczęła marudzić, że zimno jej się zrobiło, więc ja, jako starsza siorka zarządziłam, że wracamy do chaty. Z tego łakomego dnia pamiętam tylko tyle, że na koniec dnia zwymiotowałam :) Takie to czasy kurcze były, że nie dość, że nic w sklepach nie było, to jeszcze jak człowiek dorwał się do lodopoju :) to jadł do oporu.

Tym razem jak Ewka wróci, to raczej kawka będzie, 
jakieś ciacho w kawiarni,
 latanie po Galaxy, Multikino i cholera wie, co jeszcze :) 





2 komentarze: